Idzie nam całkiem, całkiem. Misia jest wspaniała, super współpracuje, sama zanim coś zje, upewnia się, że jest to dozwolone. Nadal brakuje jej płatków śniadaniowych, ale coraz rzadziej o nich wspomina. W niedziele zjada swoje ukochane żelki i odmierza czas od żelek do żelek 🙂 Cukry na diecie bardzo się unormowały. Dwie godziny po posiłku są zawsze idealne, godzinę po – maksymalnie dochodzą do 180. Teraz Dominika mierzy cukier tylko 1 dzień w tygodniu, zdecydowanie przyjemniej.

Przez jeden tydzień każdego miesiąca mamy robić pełen panel cukrowy i mierzyć cukry przed posiłkiem i 2h po i tak, aż do 6 czerwca, wtedy mamy wizytę w Poradni Diabetologicznej. Jesteśmy zdecydowanie spokojniejsi, bo widzimy, że diata naprawdę działa i wierzymy, że dzięki niej uda nam się uniknąć insuliny jeszcze przez długi okres. Oswajamy się z tym co dostaliśmy w „prezencie”, chociaż nie jest łatwo, bo ostatnio dużo tych „niespodzianek”. Jakby sama mukowiscydoza nie wystarczała. Gdy zdignozowano u małej mukowiscydozę oprócz strachu czułam żal, złość, szukałam winnych… teraz przyjmuję wszystko z pokorą… Tylko ile jeszcze da się znieść, zachowując zdrowy rozsądek i nie tracąc pogody ducha?

A jakby było mało, ostatnio Misia jest kaszląca, często boli ją głowa. Odwiedziłyśmy nawet lekarza, ale „naszego” nie było, a „nie nasz”, nie miał pojęcia co z nami zrobić, bo dziecko osłuchowo czyste, gardło blade. Odesłał nas do domu. Zrobiłam nawet małej wymaz z plwociny, w obawie, przed jakąś nieproszoną bakterią, ale tam sami „przyjaciele” czyli gronkowiec bardzo obfity i hemofilius influenze. Niestety wczoraj do kaszlu doszedł katar i przytkane ucho. Chyba jutro czeka nas wizyta u laryngologa, chociaż wolałabym dotrwać do poniedziałku, wówczas mamy wizytę w IMID w Warszawie.

Poza malutkimi problemamy zdrowotnymi, donoszę, że Misia ma się dobrze, jej życie towarzyskie kwitnie a w szkole bez problemów. Jutro idzie na konkurs z języka angielskiego, więc pewnie ucieszy się z kciuków 🙂