no i Misia miała go dzisiaj… Ale po kolei.

Od sierpnia Misia ma nowe „hobby” a do tego super rehabilitację, pod postacią jazdy konnej. Mała złapała „bakcyla” na turnusie rehabilitacyjnym, a my postanowiliśmy to wykorzystać i tak to, mała 2 razy w tygodniu po 20 minut jeździ na koniku. Naprawdę super sprawa. Przy anglezowaniu tak ja „wytrzepie”, że chyba żaden drenaż nie jest w stanie się z tym równać. Jesteśmy bardzo zadowoleni z takiej formy rehabilitacji, do tego jazda konna buduje poczucie własnej wartości, bo nie każdy może kierować tak dużym zwierzem. Nie żeby Misi tej wartości brakowało 🙂 ale myślę, że osobom walczącym z przeciwnościami losu, jest jej potrzeba o wiele, wiele więcej. Oczywiście o super wpływie jazdy konnej na układ oddechowy, krwionośny, odpornościowy a nawet pokarmowy nie będę się rozpisywać, bo to oczywista oczywistość 🙂 W gruncie rzeczy, wszystkie zajęcia ruchowe Dominiki mają za zadanie „trenować” płuca aby super działały jak najdłużej. I oczywiście pełni optymizmu wierzymy, że tak właśnie działają.

Jako, że w tygodniu czasu wystarcza tylko na jedną 20 minutową jazdę, na drugą jeździmy z Misią w niedzielę i tak też, było dzisiaj. Pogoda za oknem już bardziej jesienna, hula wiatr i właśnie ten wiatr spowodował, że koń Misi się spłoszył… Na chwile nasze serca zamarły… Ułamek sekundy i mały jeździec spadł z konia. Spadł… wstał.. otrzepał się… i wsiadł na konia… najpierw stępem a potem kłusem… z  uśmiechem na twarzy 🙂 Zuch dziewczynka 🙂

Potem mała stwierdziła, że się trochę przestraszyła, ale że nic nie bolało, bo najpierw zawisła na wodzach a potem dopiero dopadła ją ziemia. A podłoże piaszczyste więc twierdzi, że nie bolało. Instruktor mówił, że większość dzieci po upadku, nie daje się już tego samego dnia namówić na jazdę. A Misia jak to Misia – uparta i zawsze dążąca do celu. Tak łatwo się nie poddaje. I wierzę, że walcząc z chorobą też nigdy się nie podda.