Zawsze mówię o sobie, że jestem silna… Bardzo silna…Taki „twardy” charakter, który nigdy się nie łamie…Bo naprawdę tak o sobie myślę… Staram się żyć chwilą, tym co jest teraz…Pokazać Misi jak najwięcej i przeżyć jak najwięcej wspaniałych chwil… Dostrzegać tylko to co dobre, piękne, wspaniałe…

Rzadko pozwalam sobie na „gdybanie” w czarnych kolorach…  Wolę widzieć tylko to co piękne. Ale nie zawsze się da. Czasami przychodzi taki czas, gdy nie da się nie widzieć …

Luty… Najkrótszy miesiąc w roku… Miesiąc, w którym  wszyscy mamy już dosyć zimy i z utęsknieniem  wyczekujemy wiosny.  A wraz z wiosną przychodzi lepszy czas…  Jednak nie dla wszystkich…  Paulina i Milena… Młode kobiety, które dopiero co zaczęły swoje dorosłe życie… Miały swoje plany, marzenia…  rodziców, przyjaciół… Miały też mukowiscydozę… Znienawidzoną zapewne tak bardzo przez nas, jak i przez nie… Gdy patrzę na ich uśmiechnięte twarze, trudno uwierzyć, że ich już nie ma… 20 lat to za mało aby odchodzić…  Jeszcze tyle powinny przeżyć… zobaczyć… poznać… W takich chwilach, czuję niepokój…  Patrzę na Misię, która właśnie robi inhalację… W jednej ręce inhalator, w drugiej „Dzieci z Bullerbyn”…  Od wczoraj nie rozstaje się z tą książką, pochłaniając przygody szóstki przyjaciół…  Być może kilka lat temu, Paulina i Milena tak samo jak moja Misia uwielbiały czytać? Być może ich rodzice patrzeli na nie z taką samą miłością i dumą jak ja… być może wierzyliy tak jak ja, że im się uda? Czasami zapominam, że choroba z którą się zmagamy zabiera… po to by kolejne pożegnanie, jak wymierzony policzek przypomniało mi, że nie wolno zapominać…