Siedzę sobie w sypialni w nogach łóżka… Dominika nie śpi.. leży cichutko i od czasu do czasu pokasłuje… Niby w dzień wszystko dobrze, noo może jakiś mały katarek, z którym walczyłyśmy płucząc nos…
Przed chwilką kaszel sprowokował wymioty… mała z miską na kolanach spokojnym głosem mówi do mnie „już dobrze, już dobrze”… głaszczę małą główkę… wycieram załzawione oczy… torsje trwają kilka minut… najpierw zalegający śluz a potem resztki kolacji… Pościel przebrana… proponuję małej inhalację ale jest zmęczona, jeszcze raz powtarza „już dobrze” i opada na poduszkę… Pokasłuje… a ja nasłuchuję z miską w pogotowiu…
Pamiętam, jak była mała.. takie akcje były kilka razy w miesiącu… Wstawaliśmy, uspokajaliśmy płaczącą Misię, przebieraliśmy pościel, wyciągaliśmy inhalator i robiliśmy inhalacje… Takich nocy było mnóstwo.. a z wiekiem zaczęło być lepiej… i zapomnieliśmy jak to jest… Jak trafi się taka noc jak ta, to jesteśmy przerażeni… Człowiek ma tak.. że jak jest dobrze to szybko się do tego przyzwyczaja… w sumie jak jest źle to też potrafi się przyzwyczaić.. najgorzej jak dobre okresy przeplatają się ze złymi.. wtedy trudno zaakceptować, że dzieje się coś niedobrego… W sumie mając dziecko chore… chore nieuleczalnie… powinniśmy być czujni cały czas… Ale ja wolę cieszyć się momentami gdy mała funkcjonuje jak jej rówieśnicy, gdy o chorobie przypominają nam tylko leki i inhalacje… I mam nadzieję, że po tym małym epizodzie wszystko wróci do normy i dalej będziemy cieszyć się tym co cudowne.
Słyszę miarowy oddech przerywany atakami kaszlu… mała zasypia… Jutro będzie nowy dzień… i wierzę, że będzie lepszy…

Dodaj komentarz